Dolomity – lipiec/sierpień 2009 r.
(zdjęcia z galerii umieszczone są pod dniowymi relacjami w postaci łącz, lub zapraszam do osobnego ich oglądnięcia w ramach galerii, obok umieściłem miniaturki dodatkowych fotek, bardziej osobistych - wszystkie zdjęcia i łącza otwierają się w osobnych oknach; biały tekst - przebieg trasy i opis wg przewodnika Tkaczyka)

   
 

Wyjść na wysoki, niebotyczny szczyt, czując w dłoni szorstkość skały, stanąć w słońcu, owiewany wiatrem i ujrzeć strzeliste, jaśniejące słońcem szczyty i turnie, czasami ośnieżone, czasami surowe skalne iglice, z piargami tak jasnymi, że czasami wydają się być ośnieżonymi stokami; rozległe, soczyście zielone doliny, łąki i porastające zbocza lasy – a wszystko to aż po horyzont i jeszcze dalej; doznać uczucia wolności przestrzeni mając pod sobą kilkaset metrów powietrza idąc skalną, pionową drogą… przestrzeń, wysokość, lekkość.... i jeszcze długo można byłoby pisać o doznaniach, które człowiek przeżywa podczas wędrówki – wspinaczki w Dolomitach. Wróciłem tu znów. Rok wcześniej zachwyciłem się niesamowitością tych biało-różowych szczytów, skał wyrastających z zieleni dolin, łąk i lasów. Bardzo chciałem, żeby zobaczyli to również moi bliscy, i udało się.
          Tym razem wybraliśmy się własnymi autami, to najprostszy i chyba najtańszy sposób dojazdu w Dolomity – nie licząc oczywiście autostopu. Trochę zamieszania było z uczestnikami wyprawy. Nasza czwórka była pewna, ale z drugim autem sprawa zmieniała się co chwilę. Pierwszym pewniakiem był Bolek, dołączyła Beata, a osoba z autem ciągle niepewna, w końcu napisał do mnie Paweł, i to ostatecznie on wziął do swojego auta Bolka i Beatę – tak więc w Dolomity jedziemy w 7 osób.
          Ekipa „męska” nastawia się na trasy via ferraty, dziewczyny raczej wybierają się na trasy trekkingowe, niewymagające wspinaczki. Przed wyjazdem studiuję portale internetowe i przewodnik Tkaczyka, chcę wybrać takie miejsca, w których będzie można rozbić namioty – raczej na „dziko” i skąd będzie można wybrać się na ciekawe trasy zarówno wspinaczkowe jak i trekkingowe. Nie jest to łatwe zadanie, ale ostatecznie decyduję się na grupę Sesto i Pale, czyli dwie skrajne i największe grupy Dolomitów.

 

   
 

29 lipca (środa)

 Z domu wyjeżdżamy po ósmej wieczorem. Z Pawłem umówieni jesteśmy o północy na stacji benzynowej, tuż przed przejściem granicznym w Zgorzelcu. Dojeżdżamy tam pierwsi i musimy trochę poczekać na naszych nowych znajomych. Tankuję do pełna benzynę i gaz, raczymy się w bufecie  ostatnim polskim schabowym, przed nami perspektywa kilkunastu obiadów plecakowych: makarony, kuskus, ryż i puree ziemniaczane (potem okaże się, że pizza włoska też była). W końcu docierają: Beata, Paweł i Bolek – teraz dopiero poznajemy się bezpośrednio, wcześniej kontaktowaliśmy się ze sobą tylko za pomocą elektroniki J
       Ruszamy. Wybieramy najtańszy wariant dotarcia w Dolomity – opisany na stronie: http://www.wdolomitach.pl/vad_tra.html  - wybieramy wariant B.

 

   
 

30 lipca (czwartek)

jw. - Dobbiaco - San Candido - Sesto - Moso - Dolomitenhof (samochodami)

Przed południem jesteśmy za płatnym tunelem Felbertauerntunnel – Lienz. Zatrzymujemy się na chwilę, aby podziwiać piękne widoki z tego miejsca na otaczające nas Alpy – chyba jednak trzeba będzie wybrać się w te Góry. Ostatnio Austria mocno promuje swoje walory i na pewno mają mnóstwo pięknych górskich rejonów i szlaków, godnych przyjazdu. Warto też dodać, że paliwo jest tu tańsze niż w sąsiednich krajach (tankujemy do pełna – gazu niestety nie ma L).
        Krótko po 14 jesteśmy w miejscowości Sesto. Oczywiście wszystko o tej porze jest zamknięte – sjesta tutaj, to rzecz święta. Chyba jedynym wyjątkiem jest otwarty punkt informacji turystycznej i możemy kupić mapę tej grupy górskiej (Sesto – nr 10 wyd. Tabacco – niecałe 7 euro), a także zapytać o prognozę pogody, a ta zapowiada się zmiennie
L. Jedziemy dalej i docieramy w pobliże hotelu Dolomitenhof (1460). Miejsce jest piękne – spora dolina otoczona wyniosłymi jasnymi turniami dochodzącymi do 3 000 m n.p.m. Wypakowujemy to co nam będzie potrzebne na 4 dni i zjeżdżamy z Pawłem ok. 4 km, bu tu jest tylko parking płatny, a niżej możemy auta zostawić bez żadnych problemów i kosztów. Wracamy szybkim krokiem do naszej grupy, a nawet podjeżdżamy kawałek luksusowym autem, które udaje się nam złapać na stopa. W tym czasie Darek z Bolkiem wyszukali w lesie miejsce na obóz, ale nie są zadowoleni do końca, bo nie ma w pobliżu wody. Ruszam jeszcze w innym kierunku, ale pomimo ciekawego miejsca w pobliżu koryta strumienia, tu też nie ma wody.
        Bardzo ciekawa jest ta dolina, w której się znajdujemy. Z mapy wyczytujemy, że nazywa się Fischleintal Val Fiscalina – niby nazwa związana z rybami, a wody nie ma – choć poniżej wypływa spora rzeka, a z gór spływają obfite potoki. Woda ginie na początku doliny i wypływa u jej wylotu! Rozbijamy w końcu namioty w lesie, w miejscu wypatrzonym przez Darka przy korycie wyschniętego potoku, do wody musimy dojść aż do strumienia za drogą, a pitną mamy z wylewki koło hotelu. Dopiero po dwóch dniach zorientujemy się, że wystarczyło pójść 5 min w górę naszego obozu, i mieliśmy całkiem przyzwoity strumyczek, później i on znikał w ziemi. Trochę grzmi, trochę pada, ale wieczór jest pogodny. Planujemy trasę na następny dzień, zastanawiamy się nad ogniskiem, ale zostawiamy to na następny dzień.

 


Widok zaraz za wyjazdem z tunelu


Alpy Austriackie


typowe dla Dolomitów ukwiecone balkony w Sesto

nasz pierwszy obóz

 

31 lipca (piątek)

T85. Podejście do schroniska Rif. Tre Cime doliną Val Fiscalina (102)- bez trudności - 3,30 h; 950 m podejścia
            T110. Via Ferrata delle Scalatte - Droga Drabin - Torre di Toblin (2617 m n.p.m.) - trudno, 45 min. (krótka ferrata o charakterze sportowym. Bardzo eksponowana i dobrze ubezpieczona.

Budzimy się dość wcześnie. O ósmej wychodzimy w trasę. Przechodzimy koło hotelu Dolomitenhof, podziwiamy wynurzające się z mgieł niebosiężne szczyty – ech chciałoby się być już na którymś z nich…, wędrujemy w kierunku schroniska-pensjonatu Rif. al. Fondo Valle. Tutaj skręcamy na zachód i idziemy trasą 102. dopiero teraz dochodzimy do sporego strumienia, wzdłuż którego idziemy coraz wyżej, a pod samym schroniskiem ujrzymy jego początek w postaci malowniczego, wysokiego wodospadu.
       Słońce mocuje się z chmurami i mgłami, na razie idziemy w słońcu, ale w pobliżu schroniska Rif. Tre Cime A. Locatelli wiatr przybiera na sile, a chmury zdobywają przewagę, jest dość chłodno – no ale w końcu jesteśmy na wysokości 2405 m n.p.m. Strasznie żałujemy, że otoczenie schroniska jest zamglone, a szczególnie tak bardzo charakterystyczne dla tego miejsca, trzy potężne turnie Tre Cime Di Lavaredo, ale i tak jest niezwykle malowniczo i przepięknie. Od czasu do czasu wiatr otwiera przed nami kurtynę chmur i możemy podziwiać wspaniałe widoki. Siadamy przy schronisku – jest tu spory ruch, no ale trudno się dziwić, to jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc w Dolomitach - rozglądając się dookoła rozumiemy dlaczego. Gotujemy herbatkę i posilamy się conieco. Ustalamy plan działania. Męska część grupy czyli: Paweł, Darek, Rafał, Bolek i ja, idziemy na ferratę na  Torre di Toblin (2617), Beata  na Sasso di Sesto (2539), a Malika poczeka na nas przy schronisku.
       Ruszamy ścieżką w kierunku strzelistej i ostrej turni – wygląda dość pokaźnie, a szczególnie z większej odległości, przywodzi na myśl północnoamerykańskie ostańce. To pierwsza ferrata dla moich synów – jestem ciekawy jak sobie poradzą. Zakładamy kaski, uprzęże, karabinki wpinamy w stalową linę i w górę. Jak na pierwszą wspinaczkę, nie jest to łatwa trasa, co prawda jest tu sporo drabin, ale są też miejsca, gdzie trochę trzeba pokombinować w skale i użyć sporej siły rąk. Na dodatek zaczyna padać deszcz i robi się mało przyjemnie. Kiepska widoczność, no i jest bardzo ślisko. Jest trochę emocji, ale jak na pierwszą ferratę udało się bardzo dobrze. Wspinaczka na szczyt zajmuje nam ok. 45 min. (sama ferrata). Nie ma tu za wiele miejsca, ale starcza dla naszej 5, a nawet kilkuosobowej grupy Włochów. Siedzimy dobrą chwilę przy krzyżu, wpatrujemy się w zamglony krajobraz, jaka szkoda, że tak mało widać. Na szczęście przestaje padać, widać podnóże naszego szczytu, jeziorka  i pasące się krowy, które pewnie też celebrują czas sjesty, bo leżą leniwie na trawie. Schodzimy z drugiej strony grani i w kilkanaście minut jesteśmy na ścieżce opodal jeziorek pod schroniskiem. Tu dołączają do nas dziewczyny i wracamy pełni wrażeń do naszego obozu w dolinie.
        Wieczór spędzamy przy malutkim ognisku i śpiewaniu przy gitarze, ale mokre drewno dymi się okrutnie i mamy obawy, żeby ktoś nas stąd nie przepędził. Nikt jednak na zakłóca nam biwakowania, aż do końca pobytu.

 

 


 Widok ze szlaku do Tre Cime

Wodospad pod Tre Cime

Dochodzimy do schroniska Tre Cime, w tle Torre di Toblin

przy Tre Cime

widok ze szlaku do Tre Cime
 

przed Tre Cime

schronisko Tre Cime

           
w drodze i na ferracie Scalatte, na Torre di Toblin

 
 

1 sierpnia (sobota)

Trasa nieopisana w Tkaczyku. Dolomitenhof - Rif. Fondo Valle (102) - Forcella Undici (122, 124) - Via Ferrata Strada Alpini (101) - powrót do 124 przez północny stok. Dość trudno - trawers północnego urwiska szczytu Cima Undici.

Budzę się jak zwykle z ciekawością, jaka pogoda, wychylam głowę i dostrzegam trochę zamglony błękit nieba, a pośród mgieł na tle błękitu, w takim jakby oknie z chmur, pyszni się oświetlony słońcem jasnoskalny szczyt pobliskiej góry – nie jest źle. Plany mamy na dziś ambitne, ale uzależniamy ich realizację od pogody i tempa marszu. Mamy zamiar dojść do Ferraty Strada Alpini, a nią na Croda Rossa di Sesto(2965).
       Trochę tracimy czasu na wygrzebanie się z obozu, ale w końcu dochodzimy,
tak jak poprzedniego dnia do Rif. al. Fondo Valle. Tutaj mamy odbić na wschód trasą 122. Niby prosta sprawa, jest oznakowanie przy schronisku, a jednak wybieramy źle. Idziemy niewłaściwą ścieżką zbyt mocno na Pd. – wracamy i w końcu za wyschniętym, szerokim i kamienistym łożyskiem potoku znajdujemy ukrytą w krzakach ścieżkę w górę.
       Pniemy się stromo w górę dobrze utrzymaną i zabezpieczoną trasą, słoneczko pięknie przygrzewa, a widoki stają się coraz bardziej rozległe. Świetnie widzimy naszą wczorajszą trasę,a po jakimś czasie także schronisko Rif. Tre Cime A. Locatelli. Tym razem widoczność jest znacznie lepsza i chmury nie zasłaniają wyniosłych turni za schroniskiem. Widzimy także zdobyty przez nas wczoraj szczyt – z tej odległości robi niezłe wrażenie.
        Zatrzymujemy się na dłuższą chwilę przy strumieniu i ustalamy, że dziewczyny wrócą do obozu trasą 124 – na Pn, a my tą samą trasą, tylko w przeciwnym kierunku, dojdziemy na Forcella Undici(2610 m n.p.m)). Tak więc po chwili rozstajemy się, i już tylko w męskim gronie, żmudnie pniemy się po kamienno-skalistej ścieżce w górę surowej doliny. Podchodzimy od strony północnej, co można łatwo zauważyć, bo sporo tu jeszcze śniegu. Wejście na samą przełęcz z kotła jest okrutnie uciążliwe – pniemy się mozolnie po stromym piargu, obsypującym się spod nóg i z utęsknieniem wypatrujemy skalnego odcinka trasy. Po drodze widzimy wolniutko schodzącą parę starszych ludzi, kobieta ma na twarzy grymas bólu, ramię przepasane chustą trójkątną – ręka wygląda na poważnie zranioną, wybity bark, lub złamanie – ale na pytanie czy potrzebują pomocy odpowiadają, że sobie poradzą.  Nareszcie o 11:40 wdrapujemy się na przełęcz. Zasłużyliśmy na dłuższy odpoczynek, a poza tym trzeba nabrać siły na czekającą nas ferratę. Gotujemy wodę na herbatę, robimy kanapki, a przy okazji rozglądamy się ciekawie dookoła. Widzimy pozostałości umocnień z okresu I Wojny Światowej, jest też wykuty w skale bunkier.
         Niestety pojawiają się chmury i trochę ograniczają widoczność, ale nie zniechęca nas to zbytnio, zakładamy uprzęże i ruszamy na szlak Strada Alpini– trasa 101. Początek jest łatwy, ale później zaskakuje nas bardzo duża ilość śniegu. W Tkaczyku wyczytałem, że nie poleca tego odcinka na początku lata, właśnie z tego względu, ale teraz jest przecież środek lata! Gruba warstwa mokrego śniegu w wielu miejscach przykryła wszelkie zabezpieczenia, tak że nie możemy wpiąć się karabinkami do lin. Żałujemy, że nie mamy raków – pokonywanie bardzo stromego trawersu, pokrytego sypkim i płytkim piargiem jest bardzo mało przyjemne, czasami więc decydujemy się na trawers stromym płatem śniegu, ale to też nie jest zbyt bezpieczne. Czasami przeciskamy się w głębokiej szczelinie powstałej pomiędzy skałą a wysokim na prawie 3 m śniegiem. Tak, czy inaczej – północny trawers ściany Cima Undici daje nam trochę w kość i przysparza sporo emocji. Dochodzimy do odbicia szlaku i mamy do wyboru: w górę na Croda Rossa, albo w dół do doliny z której startowaliśmy rano. Niewątpliwie pogoda się pogarsza, nadciągają ciemne chmury – możliwe, że będzie burza, albo przynajmniej deszcz, godzina też już trochę późna – trochę z żalem, ale decydujemy się na zejście,  obiecujemy sobie jednak zdobycie szczytu w następnej próbie. Schodzimy ferratą, jakże wspaniale czuć pod palcami i butami twardą, pewną skałę. Ferrata kończy się stromym ośnieżonym stokiem – zjeżdżam na worku foliowym, ale i tak umoczyłem się okrutnie, no i obiłem sobie nieźle tyłek, bo śnieg jest mokry i twardy, a dodatkowo usiany odłamkami skał i kamieniami, ale za to jestem w ekspresowym tempie na dole. Rafał i Darek też idą w moje ślady i po chwili jesteśmy w kotle we trójkę, na Pawła i Bolka czekamy trochę dłużej, bo wybrali bardziej tradycyjny sposób zejścia.
        Dalsza część trasy to prosta ścieżka, aż do samych namiotów, ale przy okazji odkrywamy, że niedaleko naszego obozu mamy strumień z bieżącą wodą, która zanika tylko trochę powyżej naszych namiotów. Z ciemnych chmur nie spada jednak tym razem deszcz, dobre i to – małe ognisko umila nam wieczór, który spędzamy przy dźwiękach darkowej gitary.

 

 


Widok spod hotelu Dolomitenhof


na przełęczy Forcella Undici

północny trawers Cima Undici

Strada Alpini

Na Strada Alpini

Na Strada Alpini

zjazd z Strada Alpini

 

2 sierpnia (niedziela)

T41. Schronisko Rif. Lunelli - schronisko Rif. A. Berti; bez trudności, 1 h; 380 m podejścia (101)

Dziś mamy w planie dzień rekreacyjny – jakiś niemęczący spacer z ładnymi widokami. Najpierw niespiesznie robimy śniadanie, później schodzimy do samochodów i jedziemy do Sesto. Tu na godz. 10 idziemy na mszę do kościoła. Widok jak z obrazka – wysoka wieża kościoła na tle wysokich, strzelistych szczytów, a do tego piękna słoneczna pogoda, błękit nieba i białe obłoki gdzieś tam wysoko…
      Po godzinie robimy małe zakupy w pobliskim małym markecie, trochę pieczywa, nabiału, jakieś lody i jedziemy krętą, pełną serpentyn drogą do doliny Vallon Popera. Wjeżdżamy w głąb doliny pod samo schronisko, a właściwie restaurację Rifugio Lunelli di Selvapiana (1568). Tuż przed nami piętrzy się wysoki mur skalnych szczytów. Wypatrujemy ścieżki do schroniska Rifugio Antonio Berti (1950), które usytuowane jest na prawie samym brzegu skalnego rygla, wysoko nad nami. Prawie spod schroniska wypływa malowniczą kaskadą piękny wodospad. Według znaków do schroniska mamy ok. godziny drogi, choć z naszego miejsca wygląda to na trasę znacznie dłuższą.
     Nie spieszymy się specjalnie, po drodze siadamy przy strumieniu i serwujemy sobie nawet gorącą herbatę. Rzeczywiście, na górze jesteśmy po niecałej godzinie. Trochę wieje i jest chłodno, ale widoki są fantastyczne. Doskonale tu widać, że grupa Sesto to przedmurze Dolomitów. Za nami zieleń dość łagodnych, niewysokich gór, a przed nami urwiste, sięgające 3 000 m granie – olbrzymi kocioł otoczony fantastycznymi szczytami. Widzimy część naszej wczorajszej trasy – ferratę Strada Alpini, a także imponujący swoim rozmiarem masywny i wysoki szczyt Croda Rossa, na który mamy zamiar wdrapać się jutro. Pomimo dość sporego ruchu na szlaku, którym przyszliśmy, prawie nikt nie siada na ławkach przy schronisku – okazuje się, że taka przyjemność kosztuje 5 euro – dzięki – postoimy, a właściwie przysiadamy powyżej schroniska, co prawda wieje, ale widoki piękniejsze i za darmo
J. Zastanawiamy się nad dalszą dzisiejszą trasą, ale którykolwiek wariant byśmy nie wybrali, będzie związane to z kilkugodzinną wędrówką, a na to o tej porze nie mamy zbytnio ochoty, tym bardziej, że tradycyjnie zbierają się ciemne chmury i wygląda na to, że może popadać. Idziemy więc na łatwiznę i schodzimy tą samą trasą.
       Wracamy do Moso i fundujemy sobie w pizzerii włoską pizzę, smakuje wybornie, tym bardziej,  że z nieba lunęło jak z cebra – miło tak sobie siedzieć na krzesełkach, przy stole i zajadać z talerza smaczny posiłek. Na szczęście zanim dotarliśmy do naszego obozu deszcz ustaje i wieczór możemy znów zakończyć niewielkim ogniskiem, które dość szybko gasimy, bo dymi się okrutnie i pewnie widać to na dziesiątki kilometrów – jeszcze ściągną nam tu straż pożarną!.

 

 


Rif. Lunelli



Rif. A. Berti


przy Rif. A. Berti

 

3 sierpnia (poniedziałek)

Dolomitenhof - Forcella Sentinella (2717 m n.p.m.) (124, śnieżny stok na wprost, 101) - Via Ferrata Zandonella - pod Croda Rossa di Sesto, trudno. (T78, T57)

Pobudka o 6 rano – tym razem chcemy wyjść wcześnie, żeby zdobyć szczyt Croda Rossa di Sesto przed popołudniowym deszczem – przynajmniej taki mamy plan! I wydaje się to zupełnie realne – pogoda jak na razie zachęca do wędrówki. Dziewczyny i Rafał wybierają się dziś dość łatwą trasą do schroniska Zsigmondy-Comici.
        Lubię takie wczesne poranki w Górach. Słońce oświetla tylko najwyższe szczyty, a przed nami cały dzień i zapowiedź cudnych widoków. Niecierpliwe pakuję najpotrzebniejsze rzeczy, szybkie śniadanie i szybkim krokiem ruszamy z Darkiem w górę. Szybko pokonujemy znany nam już odcinek szlaku 124 do skrzyżowania z trasą 122. Tu czekamy na Pawła i Bolka, przyglądając się w międzyczasie czekającej nas trasie. Na stronę Pn mamy otwartą przestrzeń i piękne widoki, gorzej jest natomiast za skalną granią ,na którą mamy się wspiąć. Za murem skalnym Croda Rossa i Cima Undici kłębią się chmury…, cóż, tym razem nie odpuścimy – mamy nadzieję, że zanim tam się wdrapiemy to może wiatr je rozwieje?
       Tym razem mozolnie pniemy się najpierw stromym piargiem, a później polem śnieżnym, tym samym, którym zjeżdżaliśmy dwa dni temu. Jest stromo i ślisko, wbijam mocno buty w mokry śnieg i zdobywam metr po metrze wysokość. Wolę już ten śnieg niż brodzenie w obsypującym się piargu. Nareszcie docieramy do skał, tu zaczyna się via ferrata – uff. Teraz już pewną skalną drogą docieramy na przełęcz Forcella Sentinella (2717), choć końcówka jest znów śnieżno-piargowym trawersem. Jest godzina 10 – czas doskonały. Niestety – widoki dość marne, bo wokół mgła, co prawda, co chwilę wiatr ją nieco szarpie i rozdziera, tak że widać od czasu do czasu otaczające nas najbliższe szczyty i trochę doliny, ale żal, że tylko tyle. Przełęcz musi być bardzo popularna, bo mnóstwo tu wmurowanych pamiątkowych tablic z wyrytymi napisami, no i wyraźnie widać ślady I wojny. Zwiedzamy wykuty w skale bunkier. Gotujemy herbatę i robimy kanapki. Jest zimno, mocno wieje i od czasu do czasu kropi deszcz. Siedzimy dość długo, licząc, że silny wiatr przegna chmury, ale raczej jest coraz gorzej niż lepiej. Mimo popularności przełęczy i dość długiego siedzenia, dociera do nas tylko kilkuosobowa grupa Niemców, którzy szybko schodzą w kierunku schroniska Berti.
        Widzimy, że nie ma co czekać na poprawę pogody, nie odpuszczamy – ruszamy trawersem na Croda Rossa. Chcemy zdobyć szczyt via ferratą Zandonella. Trawers jest znów paskudny, stromy piarg, momentami zasypany śniegiem, na który lepiej nie wchodzić, choć nie zawsze jest to możliwe. Na dodatek zaczyna mocno padać, co w połączeniu z silnym wiatrem daje bardzo wredną mieszankę. Idziemy otuleni mgłą, szarpani wiatrem i ociekający wodą – jakoś tak mało przyjemnie. Mijamy kilka wykutych w skale bunkrów, jest w nich ciemno, zimno i śmierdzi stęchlizną, mimo tego w jednym z nich zatrzymujemy się na kilkanaście minut. Przynajmniej nie pada na głowę i chroni trochę przed lodowatym wiatrem. Deszcz rozhulał się na dobre, czekamy – może przejdzie. Przed nami perspektywa dość trudnej skalnej, pionowej wspinaczki na szczyt – w takim deszczu to mało przyjemne. W końcu wydaje się nam, że deszcz nieco ustaje – wychodzimy z ulgą z tej stęchlizny i zaczynamy skalną wspinaczkę. Skała jest oczywiście mokra i okrutnie zimna, na dodatek na głowę leje się spływająca po skale woda. Pniemy się jednak uparcie w górę, deszcz jednak nie daje za wygraną i znów przybiera na sile, by po chwili zamienić się istną ulewę. Wciskamy się w jakąś szczelinę, pod okap skalny, wisząc jeden nad drugim znów czekamy na choć niewielką poprawę pogody. Jest jednak coraz gorzej, na dokładkę rozpętuje się burza! I to teraz, gdy jesteśmy tuż pod szczytem! Grzmi i huczy, aż ciarki przechodzą, a może to z zimna…, w każdym bądź razie raczej nie ma sensu pchać się na szczyt. Wisimy w szczelinie prawie godzinę, ale ani burza, ani ulewa nie ustają, nie zostaje nam nic innego jak tylko ponownie schronić się w bunkrze. Wycofujemy się  do cuchnącego zgnilizną schronu. Choć teraz czujemy się tu już lepiej, na pewno lepiej niż w skalnej szczelinie. Próbujemy się tu trochę zagospodarować, a przynajmniej usiąść. Na szczęście znajdujemy kilka w miarę suchych desek, które służą nam jako ławeczka. Kilkoma innymi deskami zasłaniamy wejście, żeby nie wiało. Dla poprawy nastroju gotuję herbatę. Czego jak czego, ale wody nam nie brakuje – wystarczy tylko wystawić na chwilę garnek na zewnątrz i już mamy wodę. Gorąca herbata i coś słodkiego poprawia trochę nastrój, ale nie zmienia naszego położenia. Zastanawiamy się co robić dalej. Leje, i grzmi – jak jest burza, to może w końcu się rozpogodzi? – czekamy. Mija kolejna godzina, ale tylko to się zmienia. Do wyboru mamy kilka opcji, żadna nie jest dobra niestety. Wrócić tą samą drogą – to kilka godzin w deszczu i raczej bez szans na wysuszenie się w namiotach, iść na szczyt i zejście - to chyba najgłupszy pomysł, może zejść do schroniska Berti? a może zdecydować się na dalsze czekanie tutaj i ewentualny nawet nocleg w tej cuchnącej i zimnej dziurze?... Jedno jest pewne, żaden wariant nie jest dobry, ale wizja kilkugodzinnej wędrówki w ulewie, burzy i wietrze nie zachęca do opuszczenia tego, co prawda podłego, ale jednak w miarę bezpiecznego schronienia. Czekamy dalej. Dać się pokonać górze? Nie mam na to ochoty, jestem zdecydowany spędzić tu noc i rano ruszyć na szczyt. Oczywiście liczymy na to, że deszcz wkrótce ustanie. Burza co prawda przycicha, grzmi gdzieś tylko w oddali, ale leje bez specjalnej ulgi. Na zewnątrz robi się zupełnie ciemno, tu w bunkrze mamy cały czas ciemno, bo deski zasłoniły nas nie tylko od wiatru, ale też od światła. Próbujemy zagospodarować się nieco lepiej, ale możliwości są mizerne. Nie jesteśmy przygotowani na nocleg. Każdy z nas wyszukuje to co ma w plecaku do jedzenia – nie ma tego za wiele, a jesteśmy nieźle głodni. Trochę chleba, mielonka, trochę słodyczy – rewelacji nie ma, ale da się przeżyć. Na szczęście mam palnik i gaz – a któryś z nas wygrzebuje torebkę typu ”gorący kubek” – ależ jest pyszny. Jedzenie dzielimy na naszą czwórkę, część na kolację, a część na śniadanie. Najgorsze jest jednak zimno i niewygodna pozycja. Przez kolejne godziny niewiele się zmienia, może tylko jest coraz bardziej zimno. Staram się  dodzwonić do Maliki, żeby się nie martwiła, ale nie mam sygnału – kiepska sprawa, wychlam się z bunkra i na szczęście udaje mi się połączyć – informuję o naszej decyzji pozostania na noc w Górach. Na dole też leje okrutnie, i nieźle ich zmoczyło na trasie, a po powrocie do obozu okazało się, że przemoczyło nawet namiot, no ale są bezpieczni i jakoś sobie radzą.
       Wpadamy na pomysł rozpalenia ogniska, na pewno byłoby znacznie cieplej i milej – łupiemy wilgotne deski tak zacięcie, że Darek łamie nóż, zaczyna płonąć watra nieśmiałym ogniem, ale dymu jest tak dużo, że nie ma czym oddychać, nie ma wyjścia - pomimo ciepła i przyjemności ogniska musimy je czym prędzej zagasić – żal. Przygotowujemy się do noclegu, najpierw zjadamy skromną kolację i ubieramy co tylko mamy, rozlewam z piersiówki procentowy, wspaniały słodki trunek – wiśniowa polska – szkoda, że tak mało, ale w gruncie rzeczy humory nam raczej dopisują.
      Darek i ja mamy folie NRC, kombinujemy jak je najlepiej wykorzystać, w końcu przydzielamy jedna folię na dwie osoby, owijamy się i usiłujemy trochę się zdrzemnąć. Noc ciągnie się niemiłosiernie – jak zwykle w takich chwilach, zastanawiam się co ja tutaj robię? Gdzieś tam niedaleko jest ciepłe morze, wspaniałe wygrzane słońcem plaże, a ja tu dygocę z zimna i niewygody siedząc na wąskiej desce. Wsłuchuję się w szum deszczu i zastanawiam się, co zrobimy rano jak deszcz nie ustanie?

 

 


Paweł przed przeł.  Forcella Sentinella


na przełęczy Forcella Sentinella



noc w bunkrze

 

4 sierpnia (wtorek)

 T 57. Ferrata Zandonella - Croda Rossa (2965 m n.p.m.) - Dolomitenhof, jw. - wejście ferratą na szczyt 1,5 h.
                      Dolomitenhof - Dobbiaco - Cortina d Ampezzo - P.so di Falzarego - Canazei - S. Martino - Fiera di Primero - kemping Castelpietra  (samochodami)

Nad ranem szum ustaje, no to jest nadzieja. O 5 rano wyglądamy z bunkra, jest szaro i mgliście, ale może gdyby nie skalne turnie zobaczylibyśmy nawet wschód słońca. Jest ok. 30 C. sporządzamy skromne śniadanie, gorąca herbata jako tako stawia nas na nogi i czym prędzej wychodzimy na ferratę. Cali przesiąknięci jesteśmy stęchlizną, dymem i zmarznięci. Skała jest mokra i zimna, ale za to mamy nareszcie piękne widoki, widzimy zieleń dolin i schronisko Berti. Wspinaczka rozgrzewa nas przyjemnie, no może za wyjątkiem palców u rąk. Mijamy jeszcze kilka wykutych w skale bunkrów i wreszcie kilkanaście minut po 7 stajemy na szczycie Croda Rossa, tuż pod krzyżem – 2965 m n.p.m. – nie ma nawet 3 tys., a szliśmy tu nieomal 3 dni! No ale upór się opłacił – widoki mamy cudne, choć niestety w dolinach jest dużo mgieł. Na Pd. i zachód cały ogrom Dolomitów z niezliczoną ilością strzelistych turni. Odbijają ku nam promienie wschodzącego słońca, mienią się bielą i różem – cudny widok. Sam szczyt natomiast to niemy świadek obłędu człowieka – pokancerowany wykutymi sztolniami i bunkrami, straszy zawalonymi konstrukcjami umocnień, drewnianych drabin i zasieków – cały absurd i bezsens wojny tu uderza w oczy z całą mocą. Siedzimy dłuższą chwilę, zjadamy ostatnie okruchy prowiantu, robimy serię zdjęć i ruszamy w dół, bo znów robi się strasznie zimno. Zejście na druga stronę nie jest zbyt trudne. Ponownie wracamy znanym nam już stromym śnieżnym polem – tym razem zjeżdżam na butach, choć nie jest to najbezpieczniejszy sposób na zejście, bo trudno utrzymać równowagę i wyhamować w porę. Wreszcie trochę po 11 jesteśmy już przy namiotach. Odpoczywamy chwilę, najadamy się do syta i zwijamy obóz, choć większość rzeczy jest przemoczona. Chcemy jak najszybciej dotrzeć do kolejnej grupy – Pala. Schodzimy do aut i ruszamy.

Trochę źle wybieramy drogę, zamiast z Cortiny ruszyć na Pd., my niepotrzebnie kierujemy się okrutnie krętą i osiągającą ponad 2 000 m n.p.m. drogą, przez Passo Falzarego(2105). Widoki mamy co prawda fantastyczne, przejeżdżamy prawie obok Marmolady, ale w tym przypadku krótsza droga jest tylko na mapie. W niekończących się serpentynach, poprzez Canazei, San Martino di Casterozza, Fiera di Primiero docieramy w końcu, późnym wieczorem, na kemping Castelpietra(1040) w grupie Pala. Tutaj jest przepięknie ciepło, do dyspozycji mamy natryski z gorącą wodą, i  wszelkie zdobycze cywilizacji. Chyba z godzinę pławię się pod gorącym prysznicem. Nie żałuję tych kilkunastu euro za nocleg tutaj. Zasypiamy skonani w ciepłym namiocie.

           
1,   2,  3, 4,  5,  6,  7,  8,  9,  10,   11

 

 


poranek w skale

Ferrata Zandonella

wykute w skale bunkry

widok w kier. Rif. Berti


pod szczytem Croda Rossa

 

5 sierpnia (środa)

Budzimy się w słoneczny ranek, aż chce się wstawać. Mamy niestety sporo mokrych rzeczy, a właściwie chyba większość. Rozwieszamy mnóstwo tego wszystkiego na długaśnych linkach i czekamy, aż słoneczko dotrze do naszych namiotów. W międzyczasie w miejscowym sklepiku kupujemy pyszne świeże pieczywo, jajka, majonez i urządzamy sobie istną ucztę, a żeby było wygodniej pożyczamy sobie, z niezamieszkanej obok przyczepy, stolik i kilka krzesełek. To niestety wzbudza zgorszenie mieszkającej obok Włoszki i ma jakieś wonty, że używamy nieswoich rzeczy. Nie przejmujemy się zbytnio włoską paplaniną i delektujemy się wspaniałym śniadaniem i widokami, bo tuż przed nami strzelają w niebo, przecudnie smukłe, jasne turnie. W pewnym momencie podchodzi do nas kobieta i zagaduje po polsku. To Maria – Polka, która opiekuje się staruszką Włoszką. Maria doskonale zna włoski, jest energiczną i bardzo sympatyczną osobą. Stara się pomóc nam na wszelkie możliwe sposoby, rozwiesza nasze rzeczy na swoich suszarkach i dzięki temu schną błyskawicznie.
      Po śniadaniu ruszamy na zakupy do Fiera di Primiero. Wracamy i jedziemy w górę doliny Valle dei Canali na rekonesans. Chcemy znaleźć dogodne miejsce na rozbicie namiotów i zaparkowanie aut. Nie jest to łatwe zadanie. Wszędzie są zakazy parkowania, albo płatne parkingi, a tam  gdzie można zostawić auto bezpłatnie, jest to dozwolone tylko do 21. Ponadto, stoki są bardzo strome i trudno znaleźć jakiś płaski skrawek terenu pod namioty. W końcu wynajdujemy w miarę ustronne i płaskie miejsce, i to nawet niedaleko strumienia. Jedziemy z tą informacją do dziewczyn, które są jeszcze na kempingu. Zwijamy wszystko i udajemy się na wypatrzone przez nas miejsce. Jesteśmy powyżej schroniska Cant del Gal. Wiemy, że legalnie nie można tu rozbić namiotów, więc staramy się ukryć nasze obozowisko. Dziewczyny jednak są jakieś takie bez entuzjazmu – wyraźnie mają obawy. Rozważamy różne warianty i dochodzimy do wniosku, że wracamy jednak na kemping.
      Idziemy znów do Marii i próbujemy trochę potargować się w recepcji. Postanawiamy spędzić tu jeszcze 3 noce. W sumie wyszło nam na głowę trochę ponad 6 euro za 1 nocleg, to nie tak dużo zważywszy, że warunki mieliśmy wspaniałe - a dodać należy, że mamy 2 auta i 3 namioty.
       Trochę szkoda tak straconego dnia, ale mamy przynajmniej wszystko czyste, suche i sporo sił na następne dni. Leniuchujemy sobie więc pozostałą część dnia i planujemy trasy na następne dni.

 


na kempingu Castelpietra

 

6 sierpnia (czwartek)

S. Martino - Col Verde (kolejka gondolowa) - T323. Via Ferrata Bolver-Lugli  (712, 706), bardzo trudno, odcinek wspinaczkowy ok. 3 h - Cima Della Vezzana (3192 m n. p. m.) (716) 45 min. - T325. P.so Bettega - Col Verde (716, 701) nieco trudno ok. 2,30 h

Wstajemy wcześnie. Dziś chcemy zdobyć najwyższy szczyt w grupie Pala – Cima Della Vezzana (3192 m n.p.m.). Darek, a szczególnie Rafał, mają spore wątpliwości i nie czują się zbyt pewnie, bo zamierzamy wejść na szczyt najtrudniejszym wariantem, czyli bardzo trudną Via Ferratą Bolver-Lugli. Jednak magia szczytu przekraczającego 3 tys. metrów robi swoje i całą męską pitką decydujemy się zaatakować szczyt. Najpierw dojeżdżamy do San Martino. Szukamy stacji kolejki na La Rosetta, postanawiamy wjechać do pierwszej stacji Col Verde – zyskujemy w ten sposób 500 m przewyższenia – bilety kupujemy również na powrót (6 € ulgowy, 8 € zwykły). Dziewczyny idą szlakiem pod kolejką i po dojściu do Bar Colverde wrócą i poczekają na nas na dole. Chcąc zdążyć na powrotny kurs musimy być przy stacji najpóźniej o 17.
      Wjeżdżamy małym wagonikiem do pierwszej stacji i idziemy w górę do początku ferraty. Mamy kilkuosobowe towarzystwo. Mijamy też parę starszych ludzi, tak na oko maja po ok. 70 lat – czyżby też wybierali się na tę trasę?? Nie chce nam się wierzyć, no ale zobaczymy. Na razie idziemy w słońcu i mamy doskonałe widoki, im wyżej tym coraz wspanialsze, ale pomału napływa mgiełka, która stopniowo gęstnieje. Zaczyna się ferrata, zakładamy uprzęże i wspinamy się mocno eksponowanymi ścianami coraz wyżej i wyżej.  Cieszy zdobywana dość szybko wysokość, pewne skała i śmiało poprowadzona droga. Czasami mgła zasłania wszystko, czasami wiatr otwiera bezkresne, zapierające dech w piersiach widoki. Wspinaczka jest rewelacyjna. Wspaniała ekspozycja - duuużo powietrza pod stopami.
         Krótko po 12 jesteśmy przy biwaku Fiamme Gialle (3005). Przed nami pyszni się oświetlony słońcem Cimon Della Pala, dalej na wschód nasz szczyt -
Cima Della Vezzana, choć nie widać głównego wierzchołka, cały masyw jest potężny. Na wschód roztacza się sławne Altipiano. Skalny płaskowyż wśród potężnych szczytów. Oświetlony słońcem robi niesamowite wrażenie, tym bardziej, że zalegają tu jeszcze liczne płaty śniegu. Miejsce jest przecudne, widoki rewelacyjne, choć od strony zachodniej, tej skąd przyszliśmy, zalega gęsta mgła. Robimy dłuższy popas z herbatą włącznie. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy po chwili obok nas pojawia się, widziana przed ferratą, starsza para 70-ciolatków! Przyznam szczerze, że poczułem zazdrość i podziw - chciałbym w ich wieku mieć taką sprawność - no ale zobaczymy... życie jest takie dziwne... 
        Ruszamy w kierunku najwyższego szczytu. Najpierw zejście na ośnieżoną przełęcz, a dalej dość żmudne podejście po kamieniach i skale. Ze szczytu schodzą już ludzie, m.in. spotykamy kilkoro Polaków, którzy twierdzą, że nie mamy szans na załapanie się na powrotną kolejkę, bo nie zdążymy – nawet oni mają wątpliwości czy zdążą. Cóż, jak będzie tak będzie – na szczyt wejść musimy.
        Nareszcie jesteśmy! - 3192 m zdobyte! Siedzimy dłuższą chwilę podziwiając widoki i ciesząc oczy i dusze tym, co wokół nas. Pomimo wysokości, jest dość ciepło w pięknie świecącym słoneczku. To pierwszy trzytysięcznik dla Darka i Rafała - myślę, że maja sporą satysfakcję, wejście wymagało jednak sporo wysiłku i było trochę emocji podczas wspinaczki. Robimy sporo zdjęć, zjadamy  słodycze. Pięknie tu, i jakoś tak nie chce się schodzić.
        W końcu ruszamy w dół. Idzie się całkiem szybko, trochę zjeżdżamy na butach po stromym śniegu, trochę zbiegamy, i po pewnym czasie stwierdzamy, że jest spora szansa na to, iż zdążymy na ostatni kurs kolejki. Narzucamy ostre tempo. Niestety przed przełęczą Passo Bettega wchodzimy w mgłę i robi się trochę posępnie. Trudno się zorientować, gdzie dokładnie jesteśmy, i ile jeszcze do stacji kolejki, a czasu zostało niewiele. Nagle słyszymy odgłos sunącego gdzieś niedaleko wagonika – czyli jesteśmy blisko. Teraz już ostro zbiegamy, bo głupio byłoby być tak blisko i nie zdążyć. Wybiegamy z mgły, teraz jednak dostrzegamy, że stacja jest daleko w dole – a co tam – lecimy na skróty! Po drodze wyprzedzamy spotkanych wcześniej Polaków, patrzą na nas zdziwieni. Dopadamy wagonika i sadowimy się z ulgą w środku. Uff, to był niezły wyścig, pot spływa z nas strumieniami
J. Mamy jednak wielką radochę i satysfakcję z dzisiejszej wspaniałej trasy. Warto tam wejść, fantastyczna trasa, rewelacyjne widoki i doznania.

Wracamy autami na kemping, ale komfort!

1,  2,  3,  4,  5,  6,  7, 

 

 


kolejka gondolowa na Col Verde

początek ferraty Bolver-Lugi

na ferracie

ciągle w górę..

przy biwaku Fiamme Gialle

na szczycie Cima Della Vezzana

j.w.

 

7 sierpnia (piątek)

Cant del Gal - Sent del Cacciatore (709) - Cimerlo (2503 m n.p.m.) (742) - Sentiero Dino Buzzati (747) T227. dość trudno - zejście na drogę do Cant del Gal.

Dziś to już ostatnia trasa w Dolomitach. Zaczyna się nieźle – pogoda aż za dobra. Podjeżdżamy autami w pobliże schroniska Cant del Gal. Zamierzamy przejść dość trudną ferratę Sentiero Dino Buzzati, której zaletą są przepiękne widoki i to, że możemy pokonać ją jako dogodną pętlę. Ruszamy w górę zachodniej odnogi strumienia Canali. Słoneczko grzeje pięknie, może nawet za bardzo. Idziemy całą naszą 7-osobową grupą, ale po ok. półtorej godzinie Malika z Rafałem postanawiają powrócić na kemping. Dalej więc idziemy w piątkę. Tym razem Beata decyduje się na wędrówkę ferratą. Dość długo idziemy niezbyt trudnymi ścieżkami, ale w końcu zakładamy uprzęże i dość łatwymi odcinkami wspinaczkowymi zdobywamy wysokość. Trasa jest bardzo malownicza i różnorodna, trochę traw, coraz więcej skały i wspinaczki. Niestety, gdy zbliżamy się do grani, nadciąga mgła i zaczyna siąpić deszcz. Szkoda, bo tylko czasami udaje się nam zobaczyć krajobraz za granią, a widok jest niesamowity. Osiągamy Cima D. Stanga (2550) i zaczynamy zejście. W pewnym momencie musimy zejść do ciasnego komina. Pomimo, że nie jestem zbyt tęgi, mam z tym spore kłopoty, klinuję się z moim plecakiem w szczelinie. Gramolę się w górę, zdejmuję plecak i mocuję za pomocą karabinka na pętli. Teraz pomału schodzę po drabinie, mając pod sobą wiszący plecak. Okazuje się jednak, że drabina jest uszkodzona i na końcu muszę iść zapieraczką. Przeciskam się dalej, źle jednak oceniłem szerokość i zawisam znów zaklinowany pomiędzy skałami. Jakoś okręcam się, i bokiem, ciągnąc za sobą plecak, wydostaję się w końcu z tej skalnej pułapki. Teraz przed nami strome zejście, szkoda tylko, że pada L. Zejście jest dość uciążliwe, czasami pomiędzy chmurami dostrzegamy lazurowe jeziorko, przy którym jest nasz kemping. Widoki są na pewno rewelacyjne, tylko niestety nie dzisiaj, chociaż i tak nie jest najgorzej – po jakimś czasie przestaje padać, i chmury trochę ustępują.
        Dość późno docieramy do aut, jest już po 20 – myślałem, że trasę tę pokonamy nieco szybciej, cóż – pożegnanie z Dolomitami musi trochę kosztować.
        Docieramy na kemping, tu podsumowujemy naszą eskapadę. Na jutro planujemy wyjazd do domu, z tym, że my chcemy jeszcze pojechać na kilka godzin do Wenecji, Paweł natomiast, ze swoją ekipą, zamierza jechać prosto do Polski.

 

 


Beata na ferracie Sentiero D. Buzzati

czasami skała czasami ścieżka

j.w.

u wylotu ciasnej szczeliny skalnej

 

8 sierpnia (sobota)

(samochodami) Kemping Castelpietra  - Fiera di Primero  - Wenecja - Pieve di Cadore - Cortina d Ampezzo - Dobbiaco - tunel Felbertauerntunnel – Lienz - ... Polska

        Budzimy się rano i widać, że słońce nie długo będzie gościć na niebie. Zewsząd zbierają się chmury i trzeba się zwijać. Jeszcze tylko idziemy z chłopakami nad lazurowe jeziorko nieopodal kempingu. Woda spływająca z ośnieżonych szczytów jest lodowato zimna, ale decydujemy się na kąpiel, raczej dość krótką.
        Wracamy, pakujemy się szybko, bo zaczyna kropić. Żegnamy się z niezwykle sympatyczną Marią, która dbała o nas tutaj jak najlepszy przyjaciel.  Płacimy za kemping (dzięki Marii jeszcze trochę udaje się  obniżyć cenę
J) i rozjeżdżamy się w deszczu w przeciwne kierunki – przynajmniej nie tak żal wyjeżdżać.
        Późnym popołudniem dojeżdżamy do Wenecji. Tu pogoda jest wspaniała. Ze spokojnych, monumentalnych Gór, lądujemy w jednym z najgwarniejszych i ruchliwych miejsc we Włoszech – kontrast jest uderzający. Umęczeni kilkugodzinnym spacerem po Wenecji, z ulgą wsiadamy do auta i kierujemy się znów w Góry – chcemy wrócić podobną trasą do Polski, tak aby nie płacić za autostrady i przełęcz Brener. Tym razem jedziemy do Cortiny znacznie prostszą i łatwiejszą drogą – przez Pieve di Cadore. W Górach pada nieustannie i jedzie się wrednie, bo noc już głęboka, deszcz towarzyszy nam prawie do granicy z Polską.
      Dalsza część trasy jest taka sama jak w tę stronę. W Polsce jesteśmy bardzo wczesnym rankiem w niedzielę.

 

 
jeziorko na strumieniu Canali

 
nasza ekipa z Marią

Wenecja

na tle Grande Canale
 

Podsumowując całość wyprawy:

Wracamy zmęczeni, to prawda – jednak Ukraina i Dolomity następujące bezpośrednio po sobie, dały nam trochę w kość, ale znów mamy co wspominać. Przeżyliśmy kilka niezapomnianych przygód, było mnóstwo wspaniałych wrażeń. Mogliśmy porównać Góry o całkowicie innym charakterze – jak to Rafał powiedział: Ukraina to Góry łagodne, Dolomity – agresywne J.

Pozdrawiam teraz z nizin i dziękuję: Marii – za pomoc we Włoszech, Beacie, Pawłowi i Bolkowi za miłe towarzystwo (mojej rodzinie też oczywiście J). Mam nadzieję, że jeszcze uda się nam niejednokrotnie spotkać w Górach!