Świdowiec i Połonina Krasna – lipiec 2009 r.
(zdjęcia z galerii umieszczone są pod dniowymi relacjami w postaci łącz, lub zapraszam do osobnego ich oglądnięcia w ramach galerii, obok umieściłem miniaturki dodatkowych fotek, bardziej osobistych - wszystkie zdjęcia i łącza otwierają się w osobnych oknach; biały tekst - przebieg trasy)

   
 

Właściwie to miał być wyjazd w Pireneje – nie wyszło - zabrakło pieniędzy, jest więc ponownie wyjazd na Ukrainę. Przygotowania nie trwały zbyt długo. Wybór trasy też nie sprawił większego kłopotu. Od dawna, a dokładnie od 2003 roku, gdy szliśmy wówczas przez Świdowiec, zachwyceni widokami rozległymi i przecudnej urody, powiedzieliśmy sobie, że tu jeszcze wrócimy. Wracamy więc z zamiarem przejścia całego pasma Świdowca, od Rachowa do Uść Czornej.  Później mamy zamiar przejść na Połoninę Krasną, a dalej zgodnie z sugestią Jarka, który zadzwonił do mnie miesiąc wcześniej, chcemy wejść na Strimbę i Piszkonię. Tak więc, przed nami bezkresne niemal, przepiękne połoniny i znów to niesamowite poczucie swobody, nieograniczenia, radość wędrówki, zagubienia w czasie, przestrzeni, oderwania od cywilizacji.., ale czy to można opisać? I pomimo wizji uciążliwej podróży, irytującego przejścia granicznego i, niestety, ukraińskiego brudu i śmieci na każdym kroku, ciągle nas te Góry wzywają, przyciągają siłą nieodpartą, uporczywą jakby magiczną.., magnetyczną.. i znów poddajemy się temu wezwaniu, choć tak ciepło i wygodnie w domu przy telewizorze i kawie ;).

 

   
 

13 lipca (poniedziałek)

Leszno – Przemyśl (PKP)
    Tak więc jedziemy na razie w czwórkę (Malika, ja, Darek i Rafał) tradycyjnie pociągiem, najpierw do Wrocławia. I tu mamy już pierwsze emocje, bo konduktor chce wysadzić nas z pociągu, wg niego mamy zły bilet - na pociąg pospieszny, a jedziemy osobowym. Najpierw próbuję wytłumaczyć mu, że właśnie celowo przepuściliśmy w Lesznie pospieszny pociąg, bo w kasie kupowałem bilet na osobowy do Wrocławia, ale gość nie daje za wygraną i każe wysiadać nam w Rawiczu, a potem łapać następnego „pośpiecha”, który przyjeżdża do Wrocławia tuż przed odjazdem pociągu do Przemyśla. Stanowczo jednak odmawiam, i już mi nerwy zaczynają grać, a postanowiłem sobie, że cały wyjazd to ma być jeden wielki spokój…, no ale w końcu gość odpuszcza i sam wysiada w Rawiczu.
     We Wrocławiu na peronie dołącza do nas Marek – nowy uczestnik naszej eskapady, poznany, tak jak pozostali, przez Internet. Podjeżdża pociąg do Przemyśla, bez kłopotów zajmujemy wolny przedział. Po drodze dosiadają jeszcze Magda i Kamila (była rok wcześniej z nami w Hryniawskich).

 

   
 

14 lipca (wtorek)

                      Przemyśl - Medyka - Lwów - Rachów (busy i pociąg)
         Krótko przed ósmą wysiadamy w Przemyślu i idziemy, też już tradycyjnie, do baru na konkrety posiłek – bar tuż obok dworca jest świetny, za niewielkie pieniądze można już od samego rana zjeść np. sporego schabowego. Tu dołącza do nas Jarek – kolejny nowy uczestnik naszej wyprawy. W kantorze  wymieniamy po ok. 200 hrywien (1 hrywna = 0,40 gr.) i busem jedziemy na granicę.
       Pamiętając, co się tu działo rok wcześniej, mamy spore obawy i raczej mały optymizm, że uda się szybko i sprawnie przejść na ukraińską stronę. Kierowca busa zapewnia nas jednak, że ruch jest teraz znacznie mniejszy, bo nie można już tak jak kiedyś, bezkarnie szmuglować alkoholu i papierosów (teraz można przenieść ze sobą jedynie 1 butelkę alkoholu i 2 małe paczki papierosów).
       Faktycznie, kolejki prawie nie ma. Wypełniamy jak zwykle z pewnymi kłopotami wizy-karteczki i bez większych problemów jesteśmy na Ukrainie. Teraz tylko przestawiamy zegarki o godzinę do przodu i znów, jak zwykle, zaczepiają nas naganiacze busów. Nie zależy nam na tym, bo z granicy są kursowe za ok. 20 hrywien, ale obiecują nam, że pojedziemy tylko my i to bezpośrednio do Lwowa za 30 hrywien – zabrzmiało kusząco i dajemy się nabić w butelkę, czyli oszukać! Niby wsiadamy sami do busa i ruszamy, ale tak naprawdę podjeżdżamy tylko na dworzec busów – tu dopychają się w dużej liczbie inni „cywile” – jedziemy oczywiście busem kursowym po wszystkich okolicznych dziurach. Nauczka dla nas i innych: NIE PŁAĆCIE NIGDY Z GÓRY!! Tę zasadę będziemy już stosować zawsze, omawiając dokładnie zasady usługi.
We Lwowie wysiadamy po 12, kupujemy bilety na najtańszą 3 klasę, do Rachowa (15 hrywien) i idziemy na peron. Pociąg ma odjazd dopiero o 15, mamy więc sporo czasu na zakupy. Pogoda jest świetna, a nawet za dobra jak na podróż – jest słonecznie i gorąco, oby tak się utrzymywało dalej.
        Nareszcie wsiadamy do podstawionego pociągu i przed nami 9 godzin powolnej jazdy w duchocie i upale do Rachowa. Trochę śpimy, trochę gadamy z podróżnymi, trochę śpiewamy – jest z nami na szczęście Darek z gitarą, więc mamy znów zapewnione piękne wieczory przy ogniskach.
        Krótko przed północą docieramy do celu. Tutaj czekają już na nas znajomi, z którymi rok wcześniej byliśmy na Połoninach Hryniawskich i Jarek – nasz kompan z wyprawy w Gorgany w pięknym roku 2006.
         Okazało się, że po zejściu z Czarnohory postanowili zatrzymać się w hotelu i mają dla nas zajęte miejsca. Hotel wygląda nawet nieźle. W pokojach są łazienki, w kranach jest gorąca woda! Możemy wziąć wspaniały natrysk po uciążliwej, prawie 30 godzinnej podróży.

 


W pociągu do Rachowa - (czyżby zazdrosne spojrzenie Marka)

 

 

15 lipca (środa)

Rachów - Terentin (Dumeń) 1388 - Dowżina 1380 - Perelisok

Niestety rano okazało się, że Malika jest pogryziona przez jakieś paszczurstwo – być może pluskwy – później będzie się z tym męczyć aż do końca wyprawy L.
Po małych zakupach, obładowani jednak znów przedziwnie niemiłosiernie, a przecież mamy prowiant tylko na 4 dni, później mamy zamiar uzupełnić zapasy, ruszamy w upalny dzień, nareszcie w Góry!
      Chwilę idziemy ulicą w górę Cisy, przystajemy na chwilę przy pięknie odnowionej, mieniącej się złotem kopuł, cerkwi, aby po ok. 1 km wejść na szlak odbijający w lewo. Od razu pniemy się dość stromo w górę, tuż obok zarośniętego cmentarza. Wolno zdobywamy wysokość, bo słoneczko grzeje przecudnie i pot spływa z nas morderczo. Nasza 15 osobowa grupa rozciąga się znacznie, tak że w pewnym momencie rozdzielamy się i trochę czasu zajmuje nam ponowne odszukanie. Przed nami zaczynają roztaczać się coraz bardziej rozległe przestrzenie, widoki, dla których warto pokonać tyle trudu i zmęczenia. Widać wyraźnie, że Rachów ze wszystkich stron otoczony jest górami, dookoła wznoszą się nieograniczone, łagodne, przepysznie zielone kopuły Gór. My idziemy wśród wysokich traw, wyraźnie widoczną polną drogą. Mijamy miejscowych rolników pracujących przy sianokosach – wygląda na to, że większość prac wykonują ręcznie – jakaś taka letnia, słoneczna, pachnąca świeżym sianem, upalna sielanka…
      Z wolna wychodzimy na połoninę, to już Świdowiec – najdłuższą połoninę w Europie. Jak okiem sięgnąć falujące zielone trawy okraszone różnokolorowymi kwitnącymi ziołami i kwieciem różnego gatunku, niezliczonymi krzakami pysznych borówek (czarnej jagody) na łagodnych, przyjaznych szczytach. Często mijamy zbieraczy borówek, którzy wyjeżdżają tu grupowo na wielkich, terenowych ziłach i ten obrazek będzie nam towarzyszył także na Połoninie Krasnej.
Jakże cudowne okazuje się źródło, które mijamy po drodze. Woda jest orzeźwiająco zimna i rozkoszujemy się nią do syta, odpoczywając dobrą chwilę.
      Ruszamy z żalem dalej i przechodzimy po chwili obok olbrzymiej pomalowanej na czerwono anteny – to Dumeń, albo inaczej Terentin (1388 m n.p.m.). Teraz nasza droga wiedzie łagodną granią, mamy więc dookoła przecudne widoki na bliższe i dalsze partie Gór. Przed nami na horyzoncie najwyższy podwójny szczyt Świdowca – Bliźnica (1881 i 1872), trochę dalej w kierunku wschodnim ciągną się zamglone teraz Gorgany z ledwo widocznym Chomiakiem (1542) i Siniakiem (1665), dalej na wschód: Czarnohora z dominującym, dwutysięcznikiem Pietrasem (2020) i najwyższym szczytem Ukrainy – Howerlą (2061), aż po Popa Iwana (2020), w kierunku Południowym pasmo Gór Marmaroskich z dominującym Popem Iwanem Marmaroskim (1937). Na zachód ciągną się nieco niższe, ale również rozległe i sięgające nieba połoniny. Nieodparcie nasuwają się wspomnienia wcześniejszych wędrówek po Gorganach, Czarnohorze, czy Marmaroszach – zawsze to były wspaniałe wyprawy. Zostaje więc tylko ta część zachodnia, którą zamierzamy przejść właśnie podczas tej eskapady.
       Prażące słońce na otwartej połoninie daje się nam już dobrze we znaki, a Bliźnica ciągle tak daleko
L…, co prawda nie spieszy się nam specjalnie, ale wpadamy na pomysł, że gdyby udało się trochę podjechać ciężarówką, to byłoby bardzo miło… . Zagadujemy więc kierowcę ziła, który przywiózł jagodziarzy, ale ten wymienia tak wysoką cenę (coś ok. 1000 hrywien), że zupełnie nam się odechciewa takiego luksusu, trochę się targujemy, ale bez efektów, no i dobrze – idziemy dalej. Ok. 15 dochodzimy do zabudowań tzw. turbazy Pierelisok. Postanawiamy gdzieś tutaj rozbić namioty, bo obawiamy się, że dalej może być kłopot z wodą. Co jednak później okazało się nieuzasadnioną obawą. Niemniej jednak umawiamy się z gospodarzem turbazy, że udostępni nam wodę (wąż podłączony do kranu wyrzucony na zewnątrz do koryta) za 10 hrywien.
Rozbijamy namioty poniżej turbazy, niedaleko zagrody pełnej owiec. Można tu kupić sery i mleko, a w turbazie nawet chłodne piwo. Słoneczko jest jeszcze wysoko, jest więc czas na przygotowanie posiłku, ogniska, i kąpiel pod wężem
J.
     Wieczór spędzamy przy ognisku i śpiewaniu przy gitarze. Rozgwieżdżone niebo i chłodna noc zapowiada dobrą pogodę na następny dzień.
GALERIA: 1

 

 

 

 


Nasza grupa przy cerkwi w Rachowie


Cmentarz przy wejściu na szlak


Szlak ponad Rachowem


Rachów w dolinie


Dumeń


Nasza trasa po połoninie


Pierwszy biwak

 

16 lipca (czwartek)

Perelisok - Stara 1471 - Bliźnica 1881 - Przeł. pod Bliźnicą
         Ranek rzeczywiście wita nas słońcem i od razu właściwie upałem, nie mamy natomiast dostępu do wody. Facet już wieczorem zamknął na kłódkę kran i nie mieliśmy wody. Teraz nie kwapi się do otwarcia. Jeden z nas udaje się do gościa z prośbą o wodę, ale ten znów chce 10 hrywien. Trochę się wkurzam, bo nie taka była umowa, no ale idę do niego i pytam dlaczego znów mamy płacić, coś tam wykrzykuje, ale daję mu te 10 hrywien, nie zadawala go to jednak – teraz chce już 30 hrywien! Na to absolutnie się nie zgadzam – grozi że zakręci wodę, na szczęście zdążyliśmy wcześniej uzupełnić zapasy. Wykrzykuje, że dalej to już przez cały dzień nie znajdziemy wody! i takie tam… - co okazuje się wierutną bzdurą, bo po drodze będziemy mijać kilka pięknych źródełek.
       Kilka minut po 9 wychodzimy w kierunku Bliźnicy. Znów idziemy wyraźną drogę z widokami dookoła. Bliźnica staje się coraz bliższa, ale ciągle jeszcze bardzo odległa. Znów rozdzielamy się na dwie grupy. Ekipa Marcina rusza ostro do przodu z zamiarem poczekania na nas na Bliźnicy, a my zatrzymujemy się właśnie na herbatkę i kanapki przy źródle w cieniu grupy drzew. Ruszamy po prawie godzinnej sjeście, próbujemy iść na skróty, ale to nie jest dobry pomysł i odradzam. Mimo wszystko, drogą idzie się znacznie łatwiej i szybciej, no ale taką już mamy naturę, że próbujemy chodzić na skróty, choć nie zawsze wychodzi nam to na dobre.
       W pewnym momencie trafiamy na wspaniałe miejsce z cudnym strumyczkiem, doskonałe na rozbicie namiotów, niestety musimy iść dalej, bo przecież czekają na nas tam na szczycie. Ok. 14 dochodzimy do podnóża Bliźnicy, tutaj też napotykamy źródełka z cudną wodą. Rafał wyrwał do przodu i widzę, że zamiast wchodzić na szczyt idzie dalej drogą oddalając się od Bliźnicy. Malika idzie za nim, a ja postanawiam najkrótszą drogą wejść na szczyt – wyraźnym skalistym i suchym korytem strumienia, biorącym początek pod przełęczą pomiędzy Bliźnicami. Później zamierzam na szczycie zostawić plecak i zejść po Malikę i Rafała z drugiej strony góry. Pnę się mozolnie, pot zalewa oczy, słońce pali okrutnie, jest niebezpiecznie duszno, a na niebie pojawiają się od zachodu ciemne chmury. W końcu jestem na szczycie. Nie ma tu niestety naszej ekipy, widzę ich poniżej na przełęczy. Zrzucam plecak i próbuję zlokalizować Malikę i Rafała – łapię z nimi kontakt przez krótkofalówkę, ale nie widzę bezpośrednio. Zaczyna się robić niebezpiecznie ciemno, już widać, że ulewa nas nie ominie – liczę tylko, że uda mi się zejść i wejść z Maliką i Rafałem zanim zacznie padać. Mylę się jednak sromotnie. Okazuje się, że moja rodzina jest znacznie niżej niż się spodziewałem. Biorę plecak od Maliki i znów pniemy się na szczyt. W chwilę potem spadają pierwsze krople deszczu. Zaczyna mocno wiać i robi się bardzo nieprzyjemnie. Ciemnieje jeszcze bardziej i rusza ulewa! Chwila i jesteśmy prawie kompletnie mokrzy. Jakby tego było mało, nad naszymi głowami rozpętuje się burza – robi się niebezpiecznie – jesteśmy blisko najwyższego szczytu, a tu wali piorunami, ale nie mam wyboru, na szczycie został mój plecak, a ja jestem tylko w krótkim rękawku i spodenkach. Ulewa zamienia się w grad, wali tak mocno, że aż bolą ramiona. Wreszcie docieramy na szczyt, zarzucamy na siebie, pomimo całkowitego przemoknięcia, goreteksy i zgrabiałymi palcami usiłuję ubrać stuptuty, ale średnio mi to wychodzi. W tym momencie piorun uderza gdzieś bardzo blisko, popędzam Malikę i Rafała, żeby uciekali ze szczytu, a sam w chwilę potem do nich dołączam. Schodzimy w gradzie i ulewie, a pod nogami mamy rwące potoki. Na przełęczy, a właściwie tuż pod nią widzimy, rozbite naprędce 3 namioty naszej ekipy. W jednym jest 10 osób, w drugim 4, a w trzecim plecaki. Nie za bardzo mam gdzie się wcisnąć, a leje i wieje bezlitośnie. Stoję kilkanaście minut, ale zaczyna mnie trzepać z zimna, pakuję się więc cały ociekający do tego z 4 osobami i jakoś przeczekujemy nawałnicę. Na szczęście przestaje padać, choć chmury wiszą ciężkie. Zmieniam ubranie na suche, rozbijamy namioty, choć są problemy ze znalezieniem w miarę płaskiego miejsca, rozwieszamy rzeczy do wysuszenia. Wygląda na to, że tu spędzimy dziś noc, bo pogoda jest bardzo niepewna.
         Dobrze, że poniżej, obok małych stawków, jest możliwość nabrania wody. Nie ma, niestety, szans na rozpalenie ogniska, bo nie ma tu absolutnie nic do palenia. Tak więc możemy jedynie liczyć, że jutrzejszy dzień będzie słoneczny i uda się jakoś wysuszyć, a szczególnie buty. Gotujemy w namiotach – cudownie jest zjeść coś gorącego, zaszyć się w ciepły śpiwór i zasnąć nie martwić się absolutnie niczym… . Patrząc na nocne niebo widzimy, że jest szansa na piękny wschód słońca – miejsce mamy doskonałe – może się uda.
GALERIA: 1,  2,  3,  4,  5,  6

 

 


Widok w kierunku Bliźnicy


wypas owiec na połoninie



Idziemy na Bliźnicę


widok w kier. M. Bliźnicy

 

17 lipca (piątek)

 Przeł. pod Bliźnicą - Bliźnica 1881 - Przeł. pod Bliźnicą - jez. Todiaska
           Budzę się kilkanaście minut po 4. Na czarnym niebie zaczynają malować się pierwsze zorze wschodzącego słońca. Widok mam doskonały – wychylam tylko głowę z namiotu i obserwuję spektakl budzącego się dnia. Co jakiś czas pstrykam zdjęcie, ale jest coś magicznego w takim akcie wschodzącego słońca w Górach, jest jakaś taka podniosła, nabożna cisza, gdy odchodzą w doliny cienie, a zaczyna panować jasność. Trudno nazwać kolory jakie przybiera niebo, nie odda tego także fotografia. Przeróżne odcienie czerwieni, fioletu, żółci i błękitu, cóż, może ktoś powie, że to nic takiego, kicz prawie, przecież wschody są codziennie – dla mnie jest to jednak przeżycie zawsze szczególne i wyjątkowe – przecudowne – wschodzące słońce w Górach. Słyszę, że w sąsiednim namiocie otwiera się wejście i Jarek wystawia głowę – podobnie jak 3 lata wcześniej, na Sinjaku oglądamy pomalutku wznoszący się, czerwony krąg słońca. Najpierw pojawia się jasna, czerwona szczelina ponad odległymi szczytami Gorganów, moment i naszym oczom ukazuje się cały krąg ognistej kuli, jeszcze można na nią patrzeć bez zmrużenia powiek, ale już najbliższe szczyty nabierają nierealnych kolorów wschodzącego słońca. W doliny wędrują nie tylko cienie, ale też poranne mgły – wysoko po szczytach i graniach rozlewa się już słoneczna jasność, a w dolinach jeszcze mroki nocy i mgły.
          Robię zbyt dużo zdjęć.., wychodzę z namiotu na pobliską grań i staram się zapamiętać i utrwalić ten klimat, kolory i widoki. Z żalem wchodzę do namiotu i ok. 7 budzimy się już gromadnie. Słoneczko pięknie nas oświetla, wieje umiarkowanie, idealna więc pogoda do wysuszenia przemoczonych ubrań i butów. Z Rafałem wybieramy się, co prawda w klapeczkach, na pobliski szczyt Bliźnicy – wczoraj nie było szans na zrobienie zdjęć, ani podziwianie widoków, robimy to więc teraz. Co prawda jest lekka poranna mgiełka, ale i tak jest rewelacyjnie. Doskonale widać prawie całą, czekającą nas dzisiaj, trasę do jeziora Todiaska. Trasa nie jest zbyt długa, bo tak naprawdę mieliśmy tam dojść już wczoraj, a nad Todiaską musimy się zatrzymać, jest tam zbyt pięknie, żeby przejść bez dłuższego chłonięcia tamtych widoków
J.
         Wychodzimy dopiero ok. 11, ale mamy przynajmniej suche buty! Słońce grzeje pięknie, mamy wspaniałe widoki, trasa marzenie! Oglądamy się często za siebie, bo Bliźnica swoim ogromem i dominacją robi spore wrażenie. Olbrzymia, zielona połonina, z miękkimi liniami, porośnięta gdzieniegdzie niewielkimi świerkami i jałowcami wygląda jak sztuczna, starannie wykonana makieta. Po drodze mijamy kilka strumyczków, możemy więc uzupełnić wodę i zmyć pot z czoła. Widzimy też, że i tu cywilizacja wkracza wielkimi krokami. W okolicach Drahobrata przechodzimy przez zbocze zryte okrutnie przez maszyny budowlane. Powstaje tu nowy wyciąg narciarski, a w dole widać sporo nowych, dużych domów, zapewne pensjonatów.
         Sycąc się ciągle niesamowitymi widokami docieramy w końcu do celu. Jezioro Todiaska leży w wyraźnym kotle pod stromym i wyniosłym szczytem o tej samej nazwie i wysokości 1761 m n.p.m. Połyskujące, błękitne jezioro w zieleni gór wygląda niesamowicie urokliwie – przecudowne miejsce. Niestety, sporo tu ludzi, a co gorsza sterty śmieci. No ale na to nie ma już rady – Ukraińcom zupełnie to widać nie przeszkadza, po prostu wyrzucają wszystko co im niepotrzebne jak popadnie – straszne i przygnębiające.  
          W miejscu, gdzie chcemy rozbić namiot wita nas mała żabka, która wskakuje nam na leżący jeszcze namiot i pozuje do zdjęć – żabki, zawsze wiążą się nam z naszą córeczką Marzenką, która je bardzo lubiła i zbierała. Myślę, że bardzo by się Jej tu podobało, potrafiła dostrzegać piękno natury i pięknie potrafiła to wyrażać… .
         Po rozbiciu namiotów, najpierw niektórzy kąpią się w chłodnej i zamulonej, ale i tak cudownej, toni jeziora, a potem idziemy całą ekipą po drewno na ognisko. W pobliżu nie ma absolutnie nic do palenia – zapamiętałem to z poprzedniego tutaj pobytu, wypatrzyłem więc po drodze resztki starej stajni i teraz wykorzystujemy solidne drewniane słupy jako opał. Kosztuje nas to sporo wysiłku, bo belki są bardzo grube i długie – chyba z 5 metrów. Umordowaliśmy się wydobywając jedną z ziemi i targając do obozu. Później trzeba było ją jeszcze porąbać, też niezła walka. Darek zawziął się i rąbał zawzięcie, aż mi szkoda było jego rąk, ma przecież funkcję gitarzysty!
         Wieczór mija tradycyjnie przy gitarze i ognisku, gramy także trochę w mafię – w tak dużej i wesołej grupie wychodzi to bardzo fajnie.
        Jutro mamy zaplanowany dzień rekreacyjny, czas na cieszenie się Górami bez dźwigania ciężkiego plecaka, czy wczesnego wstawania, przynajmniej dla niektórych.
GALERIA: 1,   2,   3,   4,   5,   6,   7

 

 


Bliźnica we wschodzącym słońcu



Biwak pod Bliźnicą



Todiaska z Bliźnicy



żabka na namiocie



biwak nad Todiaską
 

 

18 lipca (sobota)

Wokół  jeziora Todiaska
         Ranek znów jest radośnie słoneczny. Darek z Kamilą, przed świtem, wybrali się na grań, na wschód słońca i są pod wielkim wrażeniem – nic dziwnego – miejsce jest niesamowite! Każdy planuje sobie zajęcia na własną rękę. Niektórzy pozostają w obozie i wylegują się na słońcu, inni w małych grupkach udają się na spacer granią dookoła jeziora. Wcześniej jednak przeżywamy mały szok, choć właściwie wcześniej żartowałem, że tak będzie. Otóż kilku Ukraińców, którzy przyjechali poprzedniego dnia nad jezioro w jakiejś terenówce (rodzinny wyjazd na weekend) podjechało owym autem terenowym nad jeziorko i w najlepsze zaczęli go pucować, przy głośnym akompaniamencie włączonego radia. To była ich cała górska rekreacja na ten dzień, nie licząc iluś tam butelek wypitego alkoholu i wylegiwania się na kocykach – mimo wszystko nie jestem zaskoczony – ale żal.
          Ja wybieram się też na spacer granią dookoła jeziora, z ciekawością przechodzę koło tych speców od mycia auta – cóż młodzi ludzie, szkoda, że nie potrafią uszanować tych wspaniałych Gór jakie mają. Idę sobie sam z ciągłym poczuciem zachwytu i uniesienia, niedowierzania, że tak tu pięknie, niesamowicie. Na szczycie spotykam kilka osób z naszej grupy, idą z przeciwnego kierunku – też są zachwyceni tym miejscem. Siadam obok Jarka – chwilę rozmawiamy o tym co widzimy, o wyprawach w Góry.. fajni ludzie chodzą po Górach – znów udała nam się ekipa. Jarek rusza dalej, a ja. głęboko wciągam powietrze, chciałoby się wchłonąć takie chwile i miejsca szczególnie, i pewnie gdzieś tam głęboko one w nas są, tkwią na przyszłość. Zapalam fajkę – mam dużo czasu, więc dumam sobie ciesząc oczy i duszę Górami. W końcu i ja ruszam dalej. Przyglądam się naszej dalszej trasie na następny dzień – zapowiada się pięknie – znów wędrówka granią i niesamowita przestrzeń i widoki. Przechodzę koło krzyża, uginam kolana – choć przecież cała ta nasza wędrówka to jak modlitwa…
            Jeszcze nie chce mi się schodzić do obozu, idę dalej drogą, mijają mnie terenowe auta – pewnie bogatszych Ukraińców, którzy widać hołdują nowej modzie zdobywania gór na czterech kołach. Zatoczyłem koło, ale ciągle jestem na grani. W panoramie ciągle dominuje niebosiężna i wyniosła kopuła Bliźnicy, ale i inne szczyty wyglądają niesamowicie – doskonale niemal widać długie pasmo Gorganów i całe morze połonin i zalesionych stoków na niższych i wyższych szczytach.
           Ciekawie zaglądam za garb następnej góry i widzę niezwykle urocze miejsce z małym, niebieskim jeziorkiem i, ku mojemu zdziwieniu, dość dużym płatem śniegu. Chyba następnym razem trzeba będzie zajść tutaj, a nie nad zaśmieconą i ludną Todiaskę.
           Poprzez dorodne krzaki borówek schodzę w końcu do naszych namiotów. Tu życie toczy się leniwie. Teraz znów można uraczyć się kąpielą w jeziorze. Jest też czas na grę w mafię i inne zabawy w wesołej grupie. Szykujemy ognisko, niektórzy idą ponownie na grań na zachód słońca.
           Wieczór witamy tradycyjnie przy ognisku i gitarze. Chyba ok. 10 wieczorem widzimy na stoku powyżej nas migające światełka. Po chwili schodzi do nas spora grupa Ukraińskich turystów. Chcą rozpalić ognisko i pytają gdzie można znaleźć jakieś drewno – mówimy, że nie ma na to szans – ale zapraszamy ich do siebie. Przyglądamy się jak przygotowują posiłek. W dwóch wielkich blaszanych garach-puszkach, gotują dziwny obiad dla całej grupy. Wrzucają tam chyba wszystko co mają w plecakach. Kroją ziemniaki, sardynki z olejem, jakieś kasze, cebule.. i sporo jeszcze niezidentyfikowanych składników. Trwa do dość długo i nie doczekujemy finału tej operacji – jedynie Darek dotrwał do końca. Poczęstowali go tym daniem i twierdzi, że było bardzo syte i całkiem smaczne. Cóż, my gotujemy raczej indywidualnie, na gazie, a na ognisku tylko wodę na herbatki, czy jakieś gorące kubki itp.
GALERIA: 1,   2,   3,   4,   5

 

 


Bliźnica ze szczytu Todiaski



meandrujący potok pod Todiaską

 


jezioro z Todiaski

 


po drugiej stronie grani
 

 

19 lipca (niedziela)

Jezioro Todiaska - Trojaska 1702 - Ungarjaska 1707 - M. Kurtjaska 1664 - W. Kurtjaska 1621 -            Tempa 1634 - Krasne - Ruska Mokra
           Budzimy się rano jak w wacie. Otacza nas gęsta mgła, która ogranicza widoczność do kilku metrów. Wszystko jest wilgotne i nie zapowiada się, że to tyko poranna mgiełka. Mimo wszystko szykujemy się do wyjścia, licząc, że jednak wiatr rozwieje to mleko. Zwijamy mokre namioty, pakujemy plecaki i ruszamy stromo pod górę na grań. W pewnym momencie rzeczywiście mgła się trochę przerzedza, ale to niestety tylko chwilowa poprawa widoczności. Co prawda idziemy wyraźną drogą, ale gdy natrafiamy na jakieś rozdroże mamy wątpliwości, którą drogę wybrać. Na szczęście Darek ma GPS-a, więc znacznie ułatwia nam to orientację, choć nie do końca mamy pewność, że dobrze idziemy, bo grań wije się i zmienia się co jakiś czas kierunek marszu. Oczywiście nie mamy żadnych widoków, nad czym niezmiernie ubolewamy, bo trasa jest bardzo atrakcyjna widokowo, choć wiemy to tylko na podstawie mapy. Zaczyna padać, momentami całkiem intensywnie. Do tego dochodzi jeszcze dość silny i zimny wiatr – mamy więc cały zestaw środków, żeby zniechęcić do wędrówki nawet wytrwałych turystów.
             Podejmujemy decyzję, że zmienimy jednak dzisiejszą trasę, skracając ją o kilka godzin – zamiast do Uść Czornej – schodzimy do Krasnego. Trasa jest uciążliwa, jesteśmy zziębnięci i przemoczeni, a w ostatniej fazie musimy iść błotnistą, rozjechaną drogą. Ubłoceni i zmęczeni dochodzimy do Krasnego i szukamy sposobu dojazdu do Uść Czornej. Dowiadujemy się, że za kilkanaście minut ma jechać autobus. Idziemy więc na przystanek, obok stacji benzynowej – która wygląda żałośnie, no ale ma znaczek BP! Autobus nie jedzie jednak, nie wiadomo dlaczego, podchodzi do nas podpity facet i proponuje, załatwienie busa jeśli damy mu 10 hrywien. Zgadzamy się na taki układ, ale obiecujemy kasę jak bus po nas podjedzie i czekamy. Facet jednak nie rusza się z miejsca – pytam więc, co z tym transportem, odpowiada, że 10 hrywien to za mało i chce więcej – no nie, znów ktoś chce nas naciągnąć – wkurzony rzucam mu kilka dosadnych słów, posyłając w cholerę, co widać skutkuje pozytywnie. Gość znika, a za chwilę podjeżdża, jako pasażer, dość dużego busa, w którego mieścimy się bez problemów całą piętnastką z plecakami. Umawiamy się z kierowcą na 100 hrywien. Kierowca okazuje się być bardzo życzliwym człowiekiem. Podwozi nas do sklepu, gdzie pomimo niedzieli i dość późnej pory możemy uzupełnić szczupłe zapasy prowiantu, choć chleba nie starczyło dla wszystkich. Informuje nas również, że w Uść Czornej jest turbaza i można tam przenocować. Cieszy nas taka możliwość, bo namioty mamy mokre, ubrania również, pora jest już dość późna, a pogoda cały czas niepewna, wiszą niskie chmury i możliwe, że znów będzie padać. Kierowca dzwoni do turbazy, ale okazuje się, że miejsc jest mało i możemy się wszyscy nie zmieścić. Obdzwania wszystkie znane sobie pensjonaty i co chwilę proponuje nam różne noclegi w bardziej lub mniej komfortowych warunkach, jednak ceny są dość zaporowe jak dla nas. Dojeżdżamy do Uść Czornej – to dość duża, prawdziwie turystyczna miejscowość. W pewnym momencie zatrzymujemy się i pertraktujemy z właścicielem pensjonatu cenę noclegu – zjeżdża ze 100 do 50 hrywien, ale my naprawdę nie mamy tylu pieniędzy – jedziemy do turbazy. Rzeczywiście, okazuje się, że jest tu sporo ludzi i jest kłopot z rozlokowaniem nas, a i cena, jak na istniejące tu warunki, też nie jest niska – 30 hrywien od osoby. Tego już za wiele – ruszamy w kilka osób na poszukiwanie dogodnego miejsca na rozbicie namiotów. Znajdujemy je po ok. 1,5 km, tuż przed Ruską Mokrą. Już prawie w ciemnościach rozbijamy w końcu namioty nad, zaśmieconą niestety, rzeką, ale zaraz za drogą mamy małe źródełko z wodą zdatną do picia. Jeszcze tylko coś w końcu zjeść i bez ogniska, mocno zmęczeni, idziemy spać.

 

 


budzimy się we mgle



BP w Krasnem


 

 

20 lipca (poniedziałek)

Ruska Mokra - ponad Ruską Mokrą w kier. Klimowej
           Znów mamy szczęście, budzi nas słoneczny ranek. Rozpalamy jeszcze dodatkowo ognisko i suszymy wszystkie przemoczone rzeczy. Dzisiaj następuje rozdzielenie naszej grupy. Marcin z Anią i kolegami już wracają do domu, a pozostała część wybiera się na Połoninę Krasną. Dzwonię do poznanego wczoraj kierowcy, o godz.13 podjeżdża i zabiera naszych przyjaciół do Rachowa. Robimy wspólną fotkę i żegnamy się, licząc, że znów spotkamy się w Górach. Zostajemy w 9 osób: Malika, Magda, Kamila, dwóch Jarków, Marek, Darek, Rafał i ja.
            Kilka razy udajemy się do sklepu w Ruskiej Mokrej, bo albo nie ma chleba, albo okazuje się, że sklepy są zamknięte, bo jest przerwa obiadowa. W końcu zwijamy obóz i dopiero ok. 14 wyruszamy na szlak. Pniemy się dość stromo w górę, a słoneczko sobie nieźle grzeje. Jakoś tak rozleniwiliśmy się przez ten poranek i teraz idzie się nam bez szczególnego entuzjazmu. Po ok. godzinie, no może półtorej, natrafiamy na wspaniałą polanę. Płynie piękny strumyczek, a nawet dwa, no i co najważniejsze, jest tu mnóstwo jagód. Oczywiście trudno nie zatrzymać się na małe jagodobranie. Tak sobie zbieramy i zajadamy i w końcu dochodzimy do wniosku, że to bardzo dobre miejsce na rozbicie namiotów. Co prawda, trochę mam wyrzuty sumienia, że tak mało przeszliśmy, ale nie mamy pewności, czy dalej będzie tak dogodne miejsce na obóz – zostajemy więc. Robimy sobie jagodową ucztę. Obok nas rozbijają namiot Czesi. Mówią, że dalej byłby poważny kłopot z wodą i płaskim miejscem – tak więc mamy już zupełnie czyste sumienie ;). Wspólnie siadamy przy ognisku, a Marek i Rafał decydują się wrócić do wsi, aby dokupić kilka rzeczy. Zuch chłopaki! Mamy sporo czasu, siedzimy przy ognisku, Darek, także czasami, Czech grają na gitarze, śpiewamy, rozmawiamy na tematy polsko-czeskie
J, popijamy chłodne piwo ze strumienia i inne takie – jest bardzo, ale to bardzo, przyjemnie.

 

 


nad strumieniem  w Ruskiej Mokrej



ostatnia wspólna fotka - Ruska Mokra



biwak z Czechami

 

 

21 lipca (wtorek)

Ponad Ruską Mokrą w kier. Klimowej - Klimowa 1492 - pod Gropą
            Mglisty ranek nie jest dobrym znakiem, ale mamy nadzieję, że tym razem będzie lepiej niż ostatnio. I faktycznie, mgła pomału opada, a im wyżej, tym więcej słońca i cieplej. W dolinach pozostają mgły, a my już kilkanaście minut po godz. ósmej, dość stromym podejściem, zmierzmy w kierunku Połoniny Krasnej. Najpierw wysoki las, a ok. 11 wychodzimy na uroczą trawiastą przełęcz wciśniętą między stromymi szczytami. Widać stąd rozległe połoniny, a dodatkową atrakcją tego miejsca jest niesamowite echo – głos odbija się bardzo wyraźnie i wielokrotnie. Jest tu też woda, więc miejsce na obóz wymarzone. My jednak po odpoczynku ruszamy dalej. Znów strome podejście i po niecałej godzinie jesteśmy na drodze poprowadzonej granią Połoniny Krasnej. Szkoda tylko, że pogoda zaczyna się wyraźnie psuć. Niebo zasłoniły ciężkie chmury, znów wieje zimny wiatr i widoczność znacznie się pogorszyła – szkoda, bo widoki są rewelacyjne. Trochę zaczyna siąpić deszcz, ale jeszcze nas oszczędza. Zdobywamy Klimową (1492) i podążamy dalej. Zamierzamy dziś przejść znacznie więcej niż dzień wcześniej, ale martwimy się trochę brakiem wody, bo ponoć jest z nią kłopot na trasie. Krótko przed 15 przechodzimy koło źródła i nachodzi nas myśl, żeby gdzieś tutaj rozbić namioty, bo i widoki są piękne, a nadchodzące chmury nie wróżą niczego dobrego.
           W kilka osób idziemy dalej na rekonesans, przechodzimy obok zagrody dla krów, a za nią znajdujemy dogodne miejsce na obóz z malutkim źródełkiem poniżej w lesie.
          Wracamy, zbieramy grupę i idziemy na upatrzone miejsce. To był bardzo dobry pomysł! Zaraz po rozbiciu namiotów lunęło. Z małymi przerwami padało cały czas, aż do rana. Co prawda udało się nam w przerwie rozpalić ognisko i chwilę przy nim posiedzieć, ale nie za długo.
GALERIA: 1

 

 


zejście na przełęcz z echem

j.w.

na Klimowej

przed nami Poł. Krasna - Darek na tle Poł. Krasnej

 

22 lipca (środa)

Pod Gropą - Gropa 1495 - Sigłanski 1563 - przeł. Prisłop 926
           Poranek, na szczęście, jest pogodny, choć trochę mglisty. Chwilę czekamy, aż wyschną tropiki namiotów i ruszamy dalej. Gdy wkrótce wchodzimy na Gropę (1495) słoneczno już przyjemnie przygrzewa. Szczyt wynagradza nas przepięknymi widokami dookoła. Widzimy więc całą rozległą Połoninę Krasną, dwuwierzchołkową Strimbę, Świdowiec i wiele, wiele innych.
          Niespiesznie idziemy dalej wśród falujących traw i przyglądamy się coraz bardziej widocznemu, olbrzymiemu masztowi anteny postawionemu na jednym ze szczytów naszej połoniny. Na szczęście nie musimy tamtędy przechodzić, przed szczytem ze składowiskiem rur schodzimy w kierunku wyniosłej i robiące duże wrażenie Strimby, na przełęcz Prislop (926). Samo zejście nie jest trudne, ale wcześniej rozbiliśmy się na 3 grupki, ze względu na borówki, i niestety okazało się, że nawet w łatwych warunkach można się pogubić. Na szczęście grupa chłopaków w końcu dociera do nas na przełęcz. Miejsce jest przepiękne, choć do wody jest spory kawałek drogi, bo ok. 10-15 min, ale za to jest to wspaniały, duży strumień, gdzie można się zanurzyć i wykąpać w niesamowicie zimnym, rwącym nurcie.
             Słońce grzeje tu jak na patelni, ale za to mamy piękne widoki – szczególnie na wyniosłą, potężną Strimbę. Plan mamy taki, żeby następnego dnia wejść na szczyt na lekko i wrócić do obozu. Jednak Jarek z Markiem niespodziewanie decydują się na wejście jeszcze tego samego dnia. Zabierają namiot z zamiarem rozbicia go na grani, niedaleko szczytu. Podziwiam ich, bo to kawał drogi i ciężka wspinaczka, a godzina jest już dość późna. Poszli. Wieczorem, gdy siedzimy przy ognisku, migają do nas latarkami z wysokiej grani. Plany się trochę zmieniają – Darek, Rafał, Magda i Kamila postanawiają przesiedzieć całą noc przy ognisku, czekając na wschód słońca, a na szczyt pójdę tylko z Jarkiem.
GALERIA: 1,   2,   3,   4,   5

 

 


biwak na Poł. Krasnej

Rafał na Gropie

przeł. Prislop - Darek w swoim żywiole


Jarek na Prislopie

 

23 lipca (czwartek)

Przeł. Prisłop 926 - Strieminoc 1652 - Strimba 1719 - przeł. Prislop 926
            Wstajemy o szóstej. Pogoda zapowiada się doskonała. Szybkie śniadanie, pakowanie i już o siódmej jesteśmy na ścieżce prowadzącej na Strimbę. Na lekko idzie się rewelacyjnie, a i trasa jest bardzo przyjemna. Spory odcinek w lesie, z małymi, ukwieconymi polankami, no i dość mocno stromo, ale za to szybko zdobywamy wysokość i nie ma uciążliwego trawersowania. Wychodzimy na połoninę i tu popełniamy mały błąd. Idziemy dalej wydeptaną ścieżką w prawo, później dopiero na wprost po trawach na grań – nadkładamy przez to sporo drogi, a później jeszcze musimy przedzierać się przez gęstą kosówkę, ale nie żałujemy. Mamy trochę więcej atrakcji. Widoki oczywiście coraz rozleglejsze i zapierające dech w piersiach (a może to tylko od szybkiego tempa podejścia..?). Na grani znajdujemy namiot Marka i Jarka, ale ich samych widzimy z godzinę drogi przed nami, na szczycie Strieminoc (1652). Docieramy tam również i okazuje się, że jego przejście to niezła przeprawa przez gęstą kosówkę, no cóż – nie ma rady – przedzieramy się, a mi przypomina się pierwszy wyjazd w Gorgany i walka z kosówką pomiędzy Popadią i Pietrosem, coraz mniej już takich szlaków na Ukrainie. W końcu grań doprowadza nas na szczyt – jesteśmy na Strimbie (1719), wejście zajęło nam 3,5 godziny, ale jest znacznie krótsza droga, którą będziemy schodzić. Witamy się radośnie z chłopakami i zachwycamy widokami. Na Pd oczywiście doskonale widzimy całą Połoninę Krasną, w dole liczne wioski, a ponad nimi Góry po horyzont, gdzieś tam na zachodzie widnieje pasmo Borżawy, bliżej dominuje Piszkonia (Negrowiec), na Pn ciągnie się pasmo rozległych Gorganów, na wschodzie Połonina Czarna i Świdowiec. Robimy mnóstwo zdjęć, gotujemy herbatę i kontemplując posilamy się, a ja funduję sobie jeszcze fajeczkę. Jest pięknie, prawie doskonale… . Jarek z Markiem schodzą wcześniej, muszą wrócić do namiotu i zabrać go na dół, ja z Jarkiem wypatrujemy znacznie krótszą drogę na naszą przełęcz, omijającą od Pd porośnięty kosówką szczyt. Schodzimy dość wyraźną ścieżką najpierw granią, a późnej odbijamy trawersem na prawo. Słońce grzeje bezlitośnie, ale cieszymy się, że na dole można będzie wykąpać się w zimnym, głębokim strumieniu. Niespodziewanie znajdujemy po drodze piękne źródełko, wody nam nie brakuje, ale zawsze przyjemnie napić się zimnej, świeżej wody. Idziemy dalej i trafiamy dokładnie w miejsce w którym rano wyszliśmy z lasu na połoninę – trochę nawigację ułatwia mi pożyczony od Darka GPS, na którym zaznaczałem przebieg szlaku. Wracamy tą samą ścieżką, którą podchodziliśmy, ale teraz zewsząd dociera do nas zapach nagrzanego słońcem lasu i łąk. Nad kwitnącymi trawami i kwiatami uwijają się owady – wszystko pachnie, huczy życiem i latem.
             Ok. 14:30 jesteśmy już na dole, przy namiotach. Teraz kąpiel, obiad i zasłużona sjesta. Pod wieczór czeka nas sporo atrakcji kulinarnych. Kamila, Magda i Darek nazbierali niesamowitą ilość borówek, natomiast Rafał z Markiem i Jarkiem wybrali się do sklepu do Kołoczawy (dobre 6 km w jedną stronę) i kupili kilka ciekawych rzeczy, także piwo. Mamy więc wspaniałą ucztę, godną ostatniego ogniska podczas tego wyjazdu. Zgodnie stwierdzamy, że wyjazd trwał zbyt krótko i że następnym razem musimy przeznaczyć na taką wędrówkę całe 2 tygodnie.
GALERIA: 1,   2,   3,   4

 

 
Strimba


 Marek, Jarek, Jarek i ja na Strimbie


widok na Strimbę z zejścia

szlak na Strimbę

pożegnalne ognisko

 

24 lipca (piątek)

Przeł. Prisłop 926 - Kołoczawa - Wołowiec (bus) - Stryj (pociąg) - Szegini (autobus)
         Cóż, to już ostatni poranek podczas tego wyjazdu na Ukrainie. Pakujemy plecaki, sprawdzamy, czy nie został po nas bałagan, lub jakieś śmieci i ruszamy ku cywilizacji. Dochodzimy do Kołoczawy i wchodzimy do sklepu, coniektórzy kupują piwo czy lody, ale choć mam też ochotę na loda, to nie decyduję się na zakup – wszystkie są przeterminowane i to dość znacznie – jakoś nie mam odwagi.
         Kołoczawa ciągnie się niemiłosiernie i nie ma tu nic ciekawego. Wyjątkiem jest jedynie kolorowa i ładnie utrzymana cerkiew, a obok niej kościół katolicki. Dochodzimy w końcu do centrum wsi licząc na jakiś autobus, ponoć ma jechać do Miżigirie. Tymczasem siadamy pod parasolami przy sklepie i objadamy się olbrzymim arbuzem, który kupujemy u przydrożnego sprzedawcy. Jest pyszny, słodki i soczysty – jak to arbuz ma w zwyczaju. Obok nas przystaje bus – dogadujemy się z kierowcą i za dość niewygórowaną kwotę zabieramy się z nim aż do Wołowca. Tutaj idziemy na stację kolejową i kupujemy bilety do Stryja  - to najwcześniejszy pociąg. I tak mamy sporo czasu, rozchodzimy się więc na zakupy i jakieś małe conieco. Trochę brakuje mi hrywien, idę więc do banku i chcę wymienić 10 euro na hrywny i to co słyszę po prostu wmurowuje mnie w ziemię – nie mają hrywien! Chyba z dwa razy pytam się o to samo, bo jakoś nie mieści mi się w głowie, że w banku na Ukrainie nie ma hrywien. Cóż, ciągle zaskakuje mnie ten kraj… , idę do następnego banku i tu już nie ma kłopotów.
           Wsiadamy do pociągu i podążamy do Stryja z ciekawością przyglądając się mijanym wsiom i krajobrazom. Dodatkową atrakcją są sceny w pociągu. Ciągle ktoś z czymś przychodzi, no i chce za to pieniądze, a to modlą się za szczęśliwą podróż i rodziny, potem podchodzą z puszką po pieniądze, to próbują sprzedać najróżniejsze różności: ubrania, narzędzia, słonecznik itp. Najciekawsza jest jednak kapela! kilku harmonistów, skrzypek, bębniarz i gitarzysta – grają, śpiewają.. ech te miejscowe klimaty. W pociągu jest straszna duchota, ale na szczęście można otworzyć małe górne okienka.
            Wysiadamy w Stryju. Teraz staramy się znaleźć jakiś transport na granicę do Medyki (Szegini). Trochę kombinujemy, pytamy, w końcu znajdują się naciągacze i znów trochę tracimy przez nasz pośpiech – ale niech im tam. Wsadzają nas do autobusu kursowego Stryj – Przemyśl. W autobusie jest duszno jak w piekle, ale Ukraińcy nie pozwalają otworzyć żadnego okna – taka już ich natura, nie pierwszy raz się z tym spotykam, więc się nie dziwię, ale inni są zaszokowani prawie. Mordujemy się w tym smrodzie i duchocie kilka godzin, aż w końcu dojeżdżamy ok. jedenastej w nocy do granicy. Co prawda możemy pozostać w autobusie i dojechać aż do Przemyśla, ale perspektywa tkwienia na granicy przez 3-4 godziny w tym wrzątku napawa nas przerażeniem. Wysiadamy więc i przekraczamy granicę pieszo. Trochę to trwa, kolejka nie jest długa, tyko strasznie długo sprawdzają wszystkich. Wiemy, że po polskiej stronie nie ma już żadnego transportu do Przemyśla, ale nie ma sensu zamawiać nocą taksówki, jest okrutnie droga, a i tak dworzec PKP jest zamknięty i nie odjeżdżają żadne pociągi. Zostajemy więc do rana w czynnym na okrągło barze. Trochę śpiewamy, trochę kimamy i tak udaje się nam dotrwać do pierwszego autobusu.

 

 
wnętrze cerkwi w Kołaczawie

 
 

25 lipca (sobota)

Medyka - Przemyśl (autobus) - Leszno (PKP)
          Wysiadamy niedaleko dworca PKP Przemyśl Gł. Pozostaje nam pożegnanie, a z niektórymi kontynuujemy podróż pociągiem w kierunku domu.

   
 

 

Podsumowując całość wyprawy:

Znów było nam dane, w doborowym towarzystwie, wędrować po wspaniałych Górach, przeżyć kilka, pełnych wrażeń dni. Znów pozostanie w sercu i wspomnieniach niesamowity klimat wschodów i zachodów słońca, wieczornych ognisk, cudownych górskich przestrzeni. Zostanie nadzieja na ponowne wspólne wędrowanie. Dziękuję Wam Przyjaciele za te razem spędzone dni, górskie wędrowanie.

   

relacja z wyprawy, trekking na Świdowiec i Połoninę Krasną